sobota, 8 lutego 2014

Kevin Hearne - Clan Rathskeller




Kolejna pełna akcji opowieść ze świata Żelaznego Druida - osadzona w Tempe, ale jeszcze przed wydarzeniami (dokładniej 10 miesięcy) z 1ej części Kronik, czyli "Na psa urok" ("Hounded"). Tym razem w rolach głównych 5 gnomów udających elfy świętego Mikołaja i jeden kobold w plecaku. Do tego ciężarówka z katapultą i Żelazny Druid w roli zboczeńca.
W sumie jak zwykle do tej pory, to znaczy dynamicznie i zabawnie.



Kevin Hearne
Clan Rathskeller
2010
opowiadanie do pobrania bezpłatnie ze strony autora

piątek, 7 lutego 2014

Kevin Hearne - A Test of Mettle

Już od lat po angielsku czytam właściwie wyłącznie lotnicze taryfy, więc za opowiadanie ze świata Żelaznego Druida zabrałam się z obawą, czy w ogóle podołam. Podołałam. Co więcej bardzo mi się podobało. Napisane zostało prostym, zrozumiałym językiem. Koleżanka - lektorka angielskiego - po przeczytaniu jednej strony skomentowała (mam wrażenie, że z pewnym zdziwieniem): "o jaki ładny język", co mnie troszkę podbudowało (może więc zrobiła to celowo), że nie czytam elementarza.
Opowiadanie napisane jest z punktu widzenia Granuaile, a akcja rozgrywa się w czasie wyprawy Atticusa do Asgardu, opisanej w 3ej części Kronik, czyli "Między młotem a piorunem" ("Hammered"). Granuaile zostaje sama z Oberonem, wypełniając zadanie otrzymane od Sonory (żywiołaka), a polegające na pozbyciu się ekspansywnego, obcego, gatunku z jednej z rzek. Niespodziewanie uczennica druida zostaje poddana brutalnemu testowi odwagi, hartu ducha, współczucia, rozumienia...
Widzenie i odczuwanie Granuaile jest świeże, pełne zachwytu, ale i nie pozbawione krytyki wobec poglądów 21-wiecznego druida. Zagadką dla mnie pozostaje, dlaczego postanowiła zachować w sekrecie sam test, ale opowiadanie daje pełniejszy i całkiem przyjemny obraz tej postaci. Obym nie musiała się z nią rozstawać w kolejnych częsciach.

Kevin Hearne
A Test of Mettle
2012
opowiadanie dostępne na stronie autora

od pdf-a do mobi

Poszło łatwiej niż myślałam. Najwyraźniej Calibre ma stosowny mechanizm do konwersji w wersji, którą zainstalowałam...
Po co w ogóle konwertować plik, skoro kindelek radzi sobie z odczytywaniem pdf-ów? Specjalnie załadowałam opowiadanie w pierwotnym formacie, bo obraz mówi więcej niż słowa. Po lewej stronie pdf, po prawej wynik czynności opisanych poniżej.
Pierwotny plik można czytać, ale po co się tak męczyć, skoro konwersja trwa minutę, a komfort czytania rośnie nieporównywalnie.
Zaczęłam standardowo, czyli od dodania opowiadania w pdf-ie do biblioteki Calibre:
Po kliknięciu "konwertuj książki" stało się jasne, że narzędzie do konwersji pdf-a jest:
Opowiadanie nie miało okładki w pliku, więc dodałam ją korzystając ze strony autora, ale oczywiście okładka mogła być dowolną grafiką.
W efekcie do pliku mobi trafił obrazek, stając się okładką książki.
Trochę się bałam, że pdf będzie mi się plątał na czytniku, więc go usunęłam z biblioteki. Wystarczy kliknąć na oznaczenie pdf-a prawym przyciskiem myszy i wybrać "usuń..."
Oczywiście decyzję trzeba potwierdzić.
Zastanawiam się, czy przy okazji konwersji z mobi do mobi i przesłaniu potem książki na czytnik, wędrują oba pliki, czy tylko ten "poprawiony". W pierwszym przypadku chyba jednak robię sobie bajzelek na czytniku i niepotrzebnie zużywam pamięć... hmm...
W każdym razie po konwersji otrzymałam plik, który na czytniku już wygląda przyzwoicie i da się go bez większego wysiłku przeczytać (poniżej zrzuty z podglądu Calibre).
Oczywiście nie jest idealny. Wiele osób irytuje formatowanie, w którym akapity nie mają wcięć, za to są oddzielone od siebie wolną linią. Mnie to nie przeszkadza aż tak bardzo, żebym miała się bawić w dalsze przeróbki.
I na koniec pliki dodane na czytnik:
A pdf-a już usunęłam :)

znów o promocjach i wyprzedażach

Łowię je jak mogę i czasem trafiam na zabawne kwiatki, jak błąd w woblinku, który pojawił się krótko po północy:
Oczywiście rano poprawiony:
Kilka dni temu do e-mailowego spamu trafiło mi zawiadomienie o mega wyprzedaży w Mango. Na obrazku był między innymi automat do pieczenia chlaba za niecałe 30 zł. Spodobał mi się, chciałam spróbować pieczenia chleba w domu, więc zajrzałam na stronę, chociaż telezakupy kojarzą mi się jak najgorzej. Upatrzyłam sobie jeszcze kilka rzeczy, wrzuciłam je do koszyka i otrzymałam mniej więcej taki koszt przesyłki:
Hmm... trochę drogo. Nie ma adnotacji, że przy przekroczeniu określonej kwoty przesyłka jest bezpłatna, ale niech tam... Miałam w koszyku z 5 czy 6 artykułów, niektóre zamierzałam kupić również z myślą o prezentach na różne okazje. Zależało mi jednak na przedpłacie, bo czasem kurier zostawia przesyłkę u sąsiadki - no przecież nie bądzie kobieta płaciła. Kliknęłam więc "przelew" i ta dam:
znikła przesyłka kurierska za 29 zł.
Byłam szczerze zdumiona: w dzisiejszych czasach totalnego braku zaufania taki numer? I tak oto 11 zł zadecydowało o rezygnacji z zakupów. Poczekam, może na Allegro pojawią się te same maszyny za 60 zł z przesyłką. Nie jest to wcale nierealne. Zresztą to tylko kaprys...
Allegro też postanowiło poutrudniać życie zbierającym punkty w Paybacku. Pewnie będę zapominała o przejściu przez stronę Payback zanim coś kupię ;)



czwartek, 6 lutego 2014

Kevin Hearne - Kroniki Żelaznego Druida

Atticus O'Sullivan zapytany o wiek odpowiada "21..." i to nie jego wina, że pytający dopowiada sobie "lat", choć powinien dodać "stuleci". Atticus starannie ukrywa swój wiek, bo zdradza doświadczenie w sztuce przeżycia. A gdy się jest druidem, któremu niejeden życzy śmierci, bezpieczniej jest być niedocenionym przez wrogów. Atticus jest nie tylko druidem, on jest Ostatnim Druidem i do tego Żelaznym Druidem, a to niezwykłe, ponieważ żelazo osłabia magię, a dla niektórych istot jest śmiertelne, a Żelazny Druid magią posługuje się całkiem sprawnie. Poza tym jest arogancki, błyskotliwy, wygadany i trochę zarozumiały. Kłamie i oszukuje, czasem bawi się kosztem innych. Jest spleciony z Ziemią, nie może jej skrzywdzić. Nie łamie danego słowa, jest lojalny wobec przyjaciół... No to pojechałam prawie jak z notki wydawniczej (oj, wiem, nie tak zgrabnie) i wystarczy. To wszystko i więcej można poczytać w dowolnej księgarni internetowej i na stronach wydawnictwa Rebis.
Dawno tak dobrze się nie bawiłam czytając książkę/i. Soczysty, żywy, często bardzo dosadny język (chwała tłumaczce) opisuje niezwykle barwne postaci zaczerpnięte wprost z różnego rodzaju mitologii, wierzeń i religii. Pojawiają się bogowie hinduscy, nordyccy, nawahijscy, panteon grecki i rzymski, i Jezus też, a jakże, ze wszystkimi atrybutami boskości, ale nieco rasta..., i demony z piekła rodem, i nawet Śmierć. Życie na ziemi zostało wzbogacone o czarownice, wilkołaki, wampiry... Są wróżki (raczej nieprzyjemne), krasnoludy, ghule, driady, cisowce, mroczne elfy... A żywiołaki są przekochane... Na celtyckie plecionki już nigdy nie spojrzę obojętnie: idea splotów istniejących pomiędzy ludźmi a naturą, i we wszystkim, co powstaje z natury, jest zwyczajnie ładna. Tam gdzie jest natura jest harmonia, a harmonia, równowaga, jest najważniejsza. Druid widzi sploty, potrafi tworzyć nowe, rozplatać już istniejące - na tym polega jego magia.
Akcja wszystkich książek jest bardzo wartka, momentami szalona. Serię trzeba czytać w ściśle określonej kolejności, ponieważ następujące po sobie opowieści nie są domknięte i zawierają przyczynę kolejnej awantury z udziałem ostatniego druida.
O ile przez pierwsze dwie części przekicałam dość radośnie (choć krew się lała), to "Między młotem a piorunem" zasmuciła mnie (nie tylko z powodu Ratatoska) i nieco zniesmaczyła (bynajmniej nie z powodu rasta-Jezusa). Bohater przestał być sympatyczny, jego decyzje stały się raczej krótkowzroczne i obarczone fatalnymi konsekwencjami. Na szczęście kolejne dwie części, mimo eskalujących problemów, znów uczyniły Atticusa O'Sullivana znośnym gościem. 
Koniecznie trzeba wspomnieć Oberona, długowiecznego wilczarza irlandzkiego, który ma swoje psie poglądy na wszystko i chętnie się nimi dzieli. Rozmowy Atticusa z Oberonem są świetnym urozmaiceniem - czasem dotykają całkiem istotnych spraw. Z jednej z takich rozmów pochodzi zdanie: "Naprawdę dobrze jest mieć jakieś marzenie, ale tylko póki nie zaczyna ono zżerać twojej radości z teraźniejszości". Wszystko na temat współczesnej gonitwy za lepiej, ładniej, wygodniej, cudniej...
W "Kronikach Żelaznego Druida" nie ma wątku romatycznego (i wcale go nie brakuje), chociaż jest cała galeria interesujących postaci kobiecych, w której szczególne miejsce zajmuje Granuaile. Granuaile jest piękna (druid co chwilę się na nią zagapia i myśli o baseballu), wysportowana, niezależna i chce zostać druidem. Z jej udziałem rozmowa obrazująca dosadny język książki (aczkolwiek to fragment chyba do tej pory najdosadniejszy):
Granuaile i Atticus w "Kijem i mieczem" stanowią już interesującą "gwiazdę podwójną". Mam nadzieję, że autor się jej nie pozbędzie w dalszym ciągu cyklu przewidzianym podobno na 9 powieści.
W Stanach już się ukazała 6a część, a za pół roku przewidziana jest premiera 7ej, z niecierpliwością czekam na tłumaczenia.
Z oficjalnej strony autora można za darmo ściągnąć opowiadanie "Clan Rathskeller" i "Test of Mettle", niestety tylko w pdf-ie (jeszcze nie próbowałam konwersji pdf-a na mobi, a z ekranu czyta się beznadziejnie...). I dodatkowo przy przejściu ze strony Kevina Hearne'a do strony Amazona otrzymuje się "szeptane ceny" na "The Chapel Perilous" ($1,22), "Grimoire of the Lamb" i na "Two Ravens and One Crow" (po $2,99) - nie wiem, czy to stała oferta i czy na pewno tyle by ściągnęło z karty... Nie próbuję, bo aż tak biegła w angielskim nie jestem, wystarczy mi, że zmierzę się z opowiadaniami ;) Wszystkie te opowieści uzupełniają "Kroniki...".
"Kroniki Żelaznego Druida" to czytadło (zaliczane do urban fantasy) prima sort: mało wymagające, ale błyskotliwe, dynamiczne i zabawne, pozbawione zadęcia i sentymentalizmu, wciągające w barwnie opisany mityczny świat, który splata się z miejską szarzyzną. Polecam.

Kevin Hearne
Na psa urok
Raz wiedźmie śmierć
Między młotem a piorunem
Zbrodnia i Kojot
Kijem i mieczem
tłumaczenie: Maria Smulewska
Dom Wydawniczy Rebis
w wydaniu papierowym stron: 296 + 400 + 408 + 424 + 368

wtorek, 4 lutego 2014

i jeszcze zniżkę poproszę...

Prośba o rabat (bo kupuję dla 2 osób, bo kupiłem bilet w ubiegłym roku, bo jestem znajomym, znajomego waszego stałego klienta) podnosi mi ciśnienie w okolice apoplektyczne.
Pasażerowie tkwią w przkonaniu, że linie lotnicze płacą nieprawdopodobne wprost sumy za każdy wystawiony bilet lotniczy.
No to proszę bardzo. Wczoraj wystawiłam bilet za przeszło 11 tys. zł:


Niewtajemniczonym podpowiadam:
* total doc, czyli cena całego biletu: 11 552,33 zł
* tax, czyli wszystkie mityczne już podatki, opłaty paliwowe i lotniskowe: 2019,33 zł
* comm, to commission, czyli prowizja wypłacana przez linię lotniczą agentowi wystawiającemu bilet: 0,95 zł
Jeżeli bilet do Chicago w ostatniej promocji Lufthansy kosztuje powiedzmy ok. 1800 zł, z podstawą 314 zł, to za wystawienie takiego biletu agent dostaje 3 grosze.
Niedawno rozmawiałam z klientem, z którym na temat jego podróży korespondowałam przez 2 tygodnie. Wysłałam mu kilka, czy kilkanaście propozycji, pasażer zmieniał oczekiwania względem trasy i terminów. Kiedy przyszło do wpłaty, zażądał zniżki - odpowiedziałam, że i tak ma obniżoną opłatę transakcyjną do 100 zł (normalnie doliczyłabym 130), więc jeszcze dodatkowe 80 zł nie wchodzi w grę. Nie wiem jak długo byśmy się szarpali, gdyby nie to, że w końcu nie wytrzymałam: "za pana bilet linia lotnicza wypłaci nam 16 groszy". Bilet kosztował blisko 7 tys. Pasażer uwierzył... Ale miałam też takiego, który mi powiedział "bzdury mi pani opowiada", ale siedział przede mną, a jego 2 bilety były już wystawione, więc zobaczył: po 8 groszy prowizji za każdy...