czwartek, 25 września 2014

Dają, to biorę ;)

Kolejka na czytniku rośnie niemiłosiernie, ale i tak zbieram gratisy. Tym razem w Almaz. Nie rejestrowałam się w ksiągarni, e-booki były darmowe (choć teoretycznie kosztowały 4 grosze), ale i tak trzeba było podać wszystkie dane.



Na efekt czekałam do rana o 8.03 pojawił się mail z linkami do pobrania e-booków. A wyglądał masakrycznie:


Za to pliki w 3 formatach: epub + mobi + pdf. Na pierwszy rzut oka całkiem przyzwoite.

środa, 24 września 2014

Marek Krajewski "Władca liczb"


"Władcę liczb" udało mi się przeczytać jeszcze przed premierą wydania papierowego, ponieważ e-book pojawił się już 20ego sierpnia. Bardzo mi się to spodobało. Brawa dla Znaku i Woblinka.
Rzuciłam się na książkę od razu. I oczywiście pełna satysfakcja. 
"Władca liczb" to kolejny, trzymający poziom kryminał z Popielskim w roli głównej. Kolejny, w którym rolę śledczego odgrywa również syn Popielskiego, Wacław Remus (kurczę, jeszcze mniej sympatyczna postać). 
Tym razem Popielski tropi szalonego wyznawcę krwiożerczego Belmispara. 
Jak zwykle u Krajewskiego jest dużo mroku, dużo matematyki, trochę logiki i języków klasycznych, no i duuużo Wrocławia (czasem zastanawiam się jak się to czyta nie-Wrocławianom), chociaż hasło reklamujące książkę, wydaje mi się jednak nieco przesadzone:


To, co w tej chwili uderza mnie w książkach Krajewskiego, to potworna plastyczność i emocjonalność języka. Czytam i czuję odrazę, niechęć, oburzenie. Niewiele tu pozytywów, ale nawet potworności opisane są tak, że nie sposób, nie tylko się oderwać, ale i nie poczuć. Nie mam pojęcia jak można budować akcję na trudnych do zniesienia bohaterach. Jeśli Popielski to alter ego Krajewskiego, to chyba jednak będę się trzymała z daleka od spotkań autorskich.
Tym niemniej to bardzo dobra literatura klasy B - idąc za słowami samego pisarza.
Bardzo ujęła mnie refleksja na temat czasu:


Też nie lubię cierpieć...


Marek Krajewski
Władca liczb
Wydawnictwo Znak, premiera 11 września 2014
w edycji papierowej 312 stron
9/10

czwartek, 18 września 2014

Mega promo z empik.com, czyli Lackberg za 4,91 zł

Zapisuję się na newslettery ulubionych księgarni. I co? I nic. Jakoś nie dostaję informacji o mega promocjach. Na szczęście czasem przeciekają do komentarzy w Świecie Czytników. I tak oto w empik.com e-booki z 70% rabatem. Trzeba być zalogowanym, wpisać w koszyku "pk20sc" i kupować książki z listy w świetnych cenach. Ja w końcu nabędę drogą kupna "[bubble]" (zresztą cała trylogia wychodzi za niecałe 23 zł). W mega cenach, nawet lepszych niż w zabugowanym niegdyś Allegro, jest również trylogia "Millenium", Nesser, Marklund...
Uwaga: kod jest jednorazowy.


czwartek, 11 września 2014

promocja Ambera... podziękuję, jednak wolę Hyperversum

Amber raczej nie wydaje wiekopomnych dzieł. Mam wrażenie, że większość to czytadła, które raczej wcześniej niż później trafią do wyprzedażowych koszy w hipermarketach. I chociaż Amber nie kojarzy mi się z jakoś szczególnie wysoko, to dość chętnie sięgałam po ich książki, szczególnie młodzieżowe, które czyta też Córka.
No właśnie... sięgałam... 
Dziś Publio zaproponowało 1-dniową promocję na Ambera. Zainteresowałam się, bo poluję na książki Meg Cabot (prześmieszne), chciałabym umieścić na czytniku "Córkę dymu i kości" oraz "Dni krwi i światła gwiazd"... Kilka analogów stoi na półkach, ale jakoś wygodniej się nam wszystkim sięga po e-booki, więc miałam zamiar zaopatrzyć, głównie Młodą, w kolejne zestawy literek.
Pokusa była, ale zrezygnowałam. Dlaczego? Bo wydawnictwo puszcza papier taniej niż e-booki. "Triumf owiec" i "Sprawiedliwość owiec" kupiłam w zestawie za 7 (słownie: siedem) złotych. W cenach od 5 do 9 złotych były w księgarniach i marketach książki Cabot, Taylor, czy Hocking. Wycięte lasy, tony farby drukarskiej, transport... A e-booki nie tanieją. Podobnie jak Jaguar, Amber nie promuje książek elektronicznych. Obawiam się, że prędzej się skończą licencje, niż wydawnictwo puści taniej czytadełka. I dlatego zrezygnowałam z zakupu. W końcu sama zeskanuję i zrzucę na czytnik, albo po prostu poszukam na chomikuju. W końcu na półce papier stoi...

A póki co w zaskakującej cenie, 0 zł, pobrałam "Hyperversum" z ebookpoint i zgadnijcie: czy zrezygnowałam z zakupu drugiej części?



wtorek, 9 września 2014

Irytujące on-line

Wczorajszej nocy próbowałam złożyć sobie zamówienie Oriflame. Fakt, że w ostatniej chwili, ale przecież mam do tego prawo. Jakiś błąd uniemożliwił mi zalogowanie się na stronie.


Próbowałam kilkakrotnie, z zerowym skutkiem. Kilka minut po północy poddałam się i powędrowałam spać. Z komórki wrzuciłam jeszcze życzenia urodzinowe dla kuzyna. Bo skoro FB przypomina, głupio nie zareagować. To przecież rodzina, bliska i na dodatek lubiana. Ale, no cóż, spóźnione, bo na FB czasem nie zaglądam...
Poranek upłynął mi na wypychaniu Młodej do szkoły i Męża do pracy, jak to zwykle w dni popołudniowej szychty bywa. Po czym siadłam do maili, a tam coś, co podniosło mi ciśnienie:


No ludzie... W środku nocy kłopoty z logowaniem, to do 7ej rano przedłużają ważność katalogu?! Do 7ej rano?! To chore naprawdę. I zakłada, że człowiek nic innego nie robi, tylko sprawdza maile. I stale jest on-line. Maila przeczytałam po 10ej. Gdybym szła do pracy na rano, pewnie odebrałabym go późnym wieczorem. Jako wkurzacz o poranku się nadał. I nie chodzi o to, że system miał błąd, bo decydując się na złożenie zamówienia w ostatniej chwili, niestety ryzykuję takie sytuacje (i dotyczy to też ostatniego dnia promocji, czy ostatniego terminu płatności). Chodzi o coraz powszechniejsze przekonywanie, że stale musimy być na bieżąco, on-line, w kontakcie. Otóż nie musimy. Firma, chcąc pójść na rękę konsultantom, mogła zdecydować się na ręczne przetworzenie zamówień, a nie przedłużanie takiej możliwości do 7ej rano, kiedy większość z nas naprawdę ma co robić w realu. Ktoś się wykazał brakiem wyczucia, a nawet, rzekłabym, brakiem szacunku.

I jak już tropem irytującego on-line idziemy, to zabawna promocja Woblinkowi się dziś zdarzyła:


A łańcuszek szczęścia na komórkę dobił mnie zupełnie: "Masz godzinę, żeby go przyjąć...", a jak qrna nie, to co?!



A to nawet nie połowa dnia... 

niedziela, 7 września 2014

Urodziny Świata Czytników

Wczoraj wieczorem przykuł moją uwagę urodzinowy wpis w Świecie Czytników. Pod wieloma komentarzami mogłabym się podpisać: dla mnie również to jedyny blog, który czytam codziennie. Przy czym dla mnie ogromną wartość dodaną stanowią komentarze, więc o ile około południa rzucam się na wieści o promocjach, o tyle wieczorkiem obczytuję rekomendacje, spory, wymiany poglądów. Hejterzy są błyskawicznie pacyfikowani, a przemyślenia czytnikowe i eksiążkowe, czy widzi-mi-się rozmaite śmiało przedstawiane. W dyskusjach uczestniczą czasem również wydawnictwa i e-bookarnie, co z kolei daje fajny ogląd drugiej strony. Pamiętam również i komentarz pisarza, Marcina Bruczkowskiego. 
Robertowi Drózdowi udało się zbudować ciekawą społeczność, tym ciekawszą, że niezbyt reprezentatywną, czytającą... Gratulacje i najlepsze życzenia na przyszłość.

Przy okazji zajrzałam do najgorętszych dyskusji... i spiekłam raka. Wrzuciłam komentarz z takim ortografem, że łącze powinno się przepalić, ale niestety poszło. I tak już zostanie, póki internet trwał będzie. Co za wstyd.

A przy okazji, skoro już o komentarzach mowa, to właśnie z komentarzy w Świecie Czytników zaczerpnięta promocja (i tylko do dziś) m.in. na Przedksiężycowych Anny Kańtoch w Powergraph.

niedziela, 24 sierpnia 2014

Jeff VanderMeer "Ujarzmienie"

Przez 4 tygodnie potwornie męczyłam się z "Ujarzmieniem".  I nie dlatego, że stanowi szczególnie wyszukane wyzwanie intelektualne, ale z powodu poczucia, że nawet sam autor nie wie, co opisuje. I gdyby to było sprawozdanie, można by zagubienie przełknąć, ale w powieści pretendującej do s-f nie bardzo da się to zdzierżyć. Długie, bełkotliwe, pseudointelektualne opisy są zdziebko nudnawe. Akcji nie ma prawie wcale. Relacje między bohaterami są chore, wręcz paranoiczne. A do tego te "imiona": biolożka, Kontroler, Głos... Jesuuu... Byłam tak zmęczona, że dreszcz wywoływało tylko spojrzenie ile pozostało do końca...
I tak się toczyło mniej więcej do 85%, kiedy to znienacka pojawiła się akcja, opisy stały się spójne, emocje soczyste, a dreszczyk godny najlepszych horrorów. Mniam. 
I jak to teraz w modzie: ciąg dalszy nastąpi. "Acceptance" ukaże się w oryginale już we wrześniu, więc, sądząc po tempie Wydawnictwa, jeszcze w tym roku można się spodziewać zamknięcia serii. Mam nadzieję, że zakończenie pozwoli mi wyżej ocenić zarówno "Unicestwienie" jak i "Ujarzmienie".


Jeff VanderMeer
Ujarzmienie
tyt. oryginału: Authority
przekład: Anna Gralak
Wydawnictwo Otwarte, czerwiec 2014
w wydaniu papierowym 400 stron
5/10