Porąbało mnie, jak słowo, w doborze lektur ostatnio. Wakacje, upał i zachciało się babie romansów i erotyków. No i karnie spadła na mnie kolejna męcząca książka. Ognia to w niej za dużo nie ma. Erotyka mało wyszukana. Bohaterka jakaś taka ździebko ograniczona. Facet też mało interesujący. Nudaaaa...
Carrie Alexander
W ogniu namiętności
tytuł oryginału: Playing with Fire
przekład: Agnieszka Szyszko
Harlequin Polska sp. z o.o., Warszawa 2002, 2013
w wersji papierowej 250 stron
3/10
niedziela, 6 lipca 2014
sobota, 5 lipca 2014
Kindle Previewer, czyli z ePub do MOBI bez Calibre
Zaszalałam po raz kolejny i kupiłam e-książkę. Wrzuciłam ją sobie na kindelka przez Calibre, nawet bez konwersji, nie pojawił się irytujący napis "Personal" na okładce, więc od razu zaczęłam czytać. No i się potknęłam... Tekst wyjustowany do lewej - niezbyt estetyczny, ale da się znieść, niestety są ślady podziałów wyrazów w postaci byle gdzie wrzepionych myślników, a zbitki słów są na tyle częste, że utrudniają płynne czytanie.
Pewnie bym to przebolała, ale trafiłam w Świecie Czytników na wypowiedź Quirisa, który odsądza od czci i wiary Calibre, za zbyt daleko idącą ingerencję w kod książki, a podającą przepis na konwersję z pominięciem Calibre, co więcej z możliwością przejścia ebooka przez chmurę Amazonu, z której dawno zrezygnowałam ze względu na nieszczęsny napis "Personal", który zwyczajnie mnie złości, a na który Quiris też ma (dla mnie na razie trochę za skomplikowany) sposób.
Instrukcja umieszczona na blogu jest prosta, opatrzona oczywiście zrzutami z ekranu i rzeczywiście skierowana do "poszukujących zwykłych użytkowników" jak delikatnie nazwał takich ja autor bloga... kiedyś takich nazywało się lamerami ;-)
Sam Previewer (do ściągnięcia ze strony Amazonu) jest łatwy do zainstalowania i okazał się być świetnym narzędziem, choćby z powodu możliwości podpatrzenia pliku z uwzględnieniem również wielkości i kroju czcionek.
Sama konwersja trwała dosłownie kilka sekund, a zmiana wyglądu stron była znaczna.
I w tym momencie utknęłam - nie wiem jak przesłać plik z previewera do chmury amazonu. Nie mam pojęcia nawet jak to zrobić inaczej niż przez Calibre (muszę spróbować wysłać po prostu jako załącznik do maila, zadziała?). Za to udało mi się skonwertowany plik wrzucić do Calibre. Po długich przeszukaniach w Previewerze i oczywiście przeczytaniu instrukcji, która w tej kwestii mi nie pomogła, odkryłam, że Previewer utworzył (i nic nie powiedział) folder ze skonwertowanym do MOBI plikiem.
Stamtąd wrzuciłam go do Calibre i kabelkiem posłałam na czytnik.
Po głębszym przyjrzeniu się sprawie efekt był jednak trochę rozczarowujący.
Po pierwsze pojawił się napis "Personal", który doprowadza mnie do szału.
Poprawiło się co prawda justowanie, ale przy braku podziału wyrazów spowodowało brzydkie rozstrzelenie wyrazów. Co więcej myślniki w środku słów, które wzięłam za pozostałość po dzieleniu wyrazów w ePub, pozostały, czyli jednak są raczej niedbałością w czasie tworzenia plików. Sprawę przesądziła zmiana szerokości interlinii: po konwersji w Previewerze, była większa i nie byłam w stanie jej zmniejszyć.
Wydawało mi się, że straciłam również numery stron, ale okazało się, że plik ich po prostu nie zawierał. Są tylko niewiele mówiące lokacje.
Ostatecznie wróciłam do skonwertowanego w Calibre MOBI.
Mimo tego zamieszania (i straconego czasu) uważam Previewera za bardzo fajne narzędzie - warte bliższego poznania. Jest dużo prostsze od Calibre. Wprawdzie nie zdejmie DRM, ale przyda się, kiedy w ebookarni interesująca nas książka nie ma formatu MOBI (a nie jest to niemożliwe), konwersja przebiega naprawdę sprawnie.
I w tym momencie utknęłam - nie wiem jak przesłać plik z previewera do chmury amazonu. Nie mam pojęcia nawet jak to zrobić inaczej niż przez Calibre (muszę spróbować wysłać po prostu jako załącznik do maila, zadziała?). Za to udało mi się skonwertowany plik wrzucić do Calibre. Po długich przeszukaniach w Previewerze i oczywiście przeczytaniu instrukcji, która w tej kwestii mi nie pomogła, odkryłam, że Previewer utworzył (i nic nie powiedział) folder ze skonwertowanym do MOBI plikiem.
Stamtąd wrzuciłam go do Calibre i kabelkiem posłałam na czytnik.
Po głębszym przyjrzeniu się sprawie efekt był jednak trochę rozczarowujący.
Po pierwsze pojawił się napis "Personal", który doprowadza mnie do szału.
Poprawiło się co prawda justowanie, ale przy braku podziału wyrazów spowodowało brzydkie rozstrzelenie wyrazów. Co więcej myślniki w środku słów, które wzięłam za pozostałość po dzieleniu wyrazów w ePub, pozostały, czyli jednak są raczej niedbałością w czasie tworzenia plików. Sprawę przesądziła zmiana szerokości interlinii: po konwersji w Previewerze, była większa i nie byłam w stanie jej zmniejszyć.
Wydawało mi się, że straciłam również numery stron, ale okazało się, że plik ich po prostu nie zawierał. Są tylko niewiele mówiące lokacje.
Ostatecznie wróciłam do skonwertowanego w Calibre MOBI.
Mimo tego zamieszania (i straconego czasu) uważam Previewera za bardzo fajne narzędzie - warte bliższego poznania. Jest dużo prostsze od Calibre. Wprawdzie nie zdejmie DRM, ale przyda się, kiedy w ebookarni interesująca nas książka nie ma formatu MOBI (a nie jest to niemożliwe), konwersja przebiega naprawdę sprawnie.
czwartek, 3 lipca 2014
Ashton Lee "Wiśniowy Klub Książki"
Już w ubiegłym roku obiecywałam sobie, że nie sięgnę po żadną książkę z tej serii. I trzeba było tej obietnicy dotrzymać. Pokarało mnie, słowo daję.
Miałam ochotę na miły, lekki romansik, a dostałam infantylną nudną obyczajówkę prosto z amerykańskiego południa.
Bohaterem tej powiastki jest małe miasteczko (5 tys. mieszkańców, ale tylko lekko ponad 1600 ma prawa wyborcze - reszta to młodociani? czy tak dużo letników mają?), miejska biblioteka w stanie upadku prowadzona przez prześliczną, rudowłosą bibliotekarkę, która szczegółowo omawia kolor swoich włosów z podrywającym ją złym (i żonatym) radnym oraz oczywiście członkowie (w większości członkinie) klubu książki reanimujący umierającą instytucję kulturalną przed rozjechaniem przez buldożery. Poza tym szczegółowe opisy potraw, nudne rozmowy, banalne refleksje na temat amerykańskich klasyków, a do tego zero romansu, zero dreszczyku emocji i zero wiarygodności.
Bleee...
Ale okładka milusia.
Ashton Lee
Wiśniowy Klub Książki
tyt. oryginału: "The Cherry Cola Book Club"
przekład: Anna Rogulska
Społeczny Instytut Wydawniczy Znak, Kraków 2013
seria "Między słowami"
w wersji papierowej 382 strony (ale dużym drukiem)
2/10
środa, 2 lipca 2014
Rachel Cohn "Beta"
Dominium - rajska wyspa. Dosłownie rajska: z cudownym klimatem, wzbogaconym powietrzem, łagodną przyrodą, uzdrawiającą wodą. Ludzie tak bardzo się tu rozleniwiają, że nie chce im się pracować. Od pracowania są pozbawione duszy klony. Serio. Tak to działa: człowiekowi najpierw usuwa się duszę, a potem klonuje... hehehe... do 48 godzin po śmierci.
Elizja (ha, jakie wymowne imię) jest klonem dość niezwykłym, jest nastolatką w wersji beta (klonowanie nastolatków ciągle jest jeszcze w fazie prób), ale szybko okazuje się być antytezą klonowatości. Zmienia się, dojrzewa, z pustej laleczki ewoluuje we wściekłą na cały świat kocicę. A jest się o co wściekać, uwierzcie...
W książce nie ma zbyt wiele akcji, nie ma zbyt wiele romasu (co może zmartwić młodociane czytelniczki), co więcej każdemu z facetów na drodze Elizji najwyraźniej czegoś brak: a to duszy, a to przyzwoitości, a to rozsądku... Jest za to sporo opisów Dominium i relacji społecznych zbudowanych po wielkich wojnach. W tej warstwie książka mogłaby być całkiem interesująca, gdyby nie była infantylna. A do tego zwrotom akcji brakuje dramatyzmu, a pomysłom świeżości. Fabuła masakrycznie przewidywalna. Właściwie, co tu dużo gadać, cała ta książka to po prostu rozdęty wstępniak do jakiejś kolejnej sagi.
Rachel Cohn
Beta
tyt. oryginału: Beta
przekład: Berenika Janczarska
Czarna Owca, Warszawa 2013
w wersji papierowej 320 stron
3/10
Elizja (ha, jakie wymowne imię) jest klonem dość niezwykłym, jest nastolatką w wersji beta (klonowanie nastolatków ciągle jest jeszcze w fazie prób), ale szybko okazuje się być antytezą klonowatości. Zmienia się, dojrzewa, z pustej laleczki ewoluuje we wściekłą na cały świat kocicę. A jest się o co wściekać, uwierzcie...
W książce nie ma zbyt wiele akcji, nie ma zbyt wiele romasu (co może zmartwić młodociane czytelniczki), co więcej każdemu z facetów na drodze Elizji najwyraźniej czegoś brak: a to duszy, a to przyzwoitości, a to rozsądku... Jest za to sporo opisów Dominium i relacji społecznych zbudowanych po wielkich wojnach. W tej warstwie książka mogłaby być całkiem interesująca, gdyby nie była infantylna. A do tego zwrotom akcji brakuje dramatyzmu, a pomysłom świeżości. Fabuła masakrycznie przewidywalna. Właściwie, co tu dużo gadać, cała ta książka to po prostu rozdęty wstępniak do jakiejś kolejnej sagi.
Rachel Cohn
Beta
tyt. oryginału: Beta
przekład: Berenika Janczarska
Czarna Owca, Warszawa 2013
w wersji papierowej 320 stron
3/10
wtorek, 1 lipca 2014
Nicholas Sparks "Dla Ciebie wszystko"
Jednak nie lubię ckliwych romansów. Niby coś w tej historii jest, niby jest romantycznie, niby coś się dzieje. Ale wszystko jest niby. Mdławo. Łzawo. Nudnawo. I co najgorsze: przewidywalnie. Nicholas Sparks
Dla Ciebie wszystko
tyt. oryginału: The Best of Me
przekład Magdalena Słysz
Wydawnictwo Albatros, kwiecień 2012
w wersji papierowej 400 stron
3/10
poniedziałek, 30 czerwca 2014
"Wiedźmy i czarodziejki" z BookRage
BookRage idzie z wykopem - zaledwie 2 dni i już przeszło tysiąc pakietów sprzedanych. Ciekawe jakie będą cele sprzedażowe, kiedy i jakie książki dołączą do zestawu.
Namawiam jak zwykle: warto poprzeć choćby ideowo nawet piątakiem.
Namawiam jak zwykle: warto poprzeć choćby ideowo nawet piątakiem.
niedziela, 29 czerwca 2014
Kendare Blake "Anna we Krwi"
Cas ma 17 lat i jest pogromcą duchów. Serio. Robotę, jak i narzędzie pracy odziedziczył po ojcu pożartym w czasie interwencji. Bo duchy są paskudne, wredne i mordują ludzi. A Cas morduje duchy. I właśnie przyszła pora na Annę we Krwi. Anna milusia nie jest, zabiła dzisiątki, jeśli nie setki osób. Miała na to 50 lat od dnia śmierci. Ale Anna jest śliczniusia, zagubiona i robi wyjątek dla Casa: nie rozszarpuje go. Tymczasem pogromcę coś tropi, coś z bardzo wielką paszczą...
Czytadło raczej dla nastolatek, niż dla nastolatków, chociaż bohaterem jest chłopak ("dziełko" napisane przez babeczkę i w pierwszej osobie - brr...). Daje radę. Czytałam dużo gorsze. Zakończenie zapowiada dalszy ciąg zjawo-ludzkiego love story i niestety jest: "Girl of Nightmares". Ciekawe, czy Prószyński przewiduje tłumaczenie...
Kendare Blake
Anna we Krwi
tyt. oryginału: Anna Dressed in Blood
przekład: Grzegorz Komerski
Prószyński i S-ka, kwiecień 2012
w wersji papierowej 320 stron
5/10
Czytadło raczej dla nastolatek, niż dla nastolatków, chociaż bohaterem jest chłopak ("dziełko" napisane przez babeczkę i w pierwszej osobie - brr...). Daje radę. Czytałam dużo gorsze. Zakończenie zapowiada dalszy ciąg zjawo-ludzkiego love story i niestety jest: "Girl of Nightmares". Ciekawe, czy Prószyński przewiduje tłumaczenie...
Kendare Blake
Anna we Krwi
tyt. oryginału: Anna Dressed in Blood
przekład: Grzegorz Komerski
Prószyński i S-ka, kwiecień 2012
w wersji papierowej 320 stron
5/10
Subskrybuj:
Posty (Atom)








